wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział I; cz. 5: Potwory

- Smok! - krzyknęłam przerażona.
 W tamtym momencie poczułam coś takiego po raz pierwszy w życiu. Po prostu pożałowałam, że się urodziłam. 
Zaczęłam biec. Uciekałam przed potworem, który co jakiś czas zionął ogniem. Potykając się o kamienie, węże i własne stopy pędziłam przed siebie. Rany, których z minuty na minuty drastycznie przybywało, dokuczały boleśnie. W końcu upadłam - nie miałam siły by czymkolwiek ruszyć. Modliłam się w myślach, żeby stracić przytomność. Serce łomotało dziko, jakby chciało uwolnić się z pułapki, skazane na pewną śmierć. Smok był coraz bliżej. Robiło się coraz bardziej gorąco, a ja leżałam z zamkniętymi oczami, otoczona wszystkim, czego bałam się najbardziej. 
Krzyczałam z bezsilności. - Nie, ja nie mogę tak umrzeć! - szlochałam. Odchyliłam szybkę w kasku, by się nie udusić. Poczułam zapach siarki, od którego zrobiło mi się niedobrze. Chyba jeszcze nikt nie był w tak paskudnym położeniu jak ja. 
Dostałam odruchów wymiotnych, więc zdjęłam kask. W końcu zwymiotowałam. Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam niewyraźny zarys smoka, stojącego nade mną. Mrużyłam oczy, aby wyostrzyć obraz - byłam wyczerpana, mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Wyobraziłam sobie siebie jako kiełbaskę na grillu, kucnęłam i czekałam na śmierć. 
Słyszałam, jak smok wydychał żar. Czułam gorąco - ale nie parzyło mnie. Moje ciało działało bez mojej pomocy - instynkt wziął górę. Zobaczywszy światło zbliżyłam się do niego z ogromną prędkością. W tamtym momencie nie interesowało mnie jak to zrobiłam, po prostu chciałam wydostać się z tego śmierdzącego świństwa. 
Blask pochodził z wrót - światło płomieni odbijało się od nich. Zaczęłam w nie łomotać. 
- Proszę... błagam... niech ktoś mi pomoże... otwórzcie! 
Ostatnimi rzeczami, jakie pamiętam z tamtych wydarzeń, był chłód, jaki odczułam, gdy ktoś wniósł mnie do pomieszczenia. Słyszałam głos Sama i Lary, uspakajający, ale zarazem drżący i zdenerwowany.
- Już wszystko dobrze... medyk zaraz przyjdzie. - mistrzyni głaskała mnie po głowie, podczas gdy Sam położył mnie na czymś miękkim i przyjemnie zimnym. 
- Mam nadzieję, że innym nic się nie stało. Wszystko poszło inaczej, niż tego chcieliśmy. Cholerny Vasil, co on sobie myślał?! - Lara była bardzo zdenerwowana. 
 Wszystko ucichło. Miałam wrażenie, że zagłębiam się w jakąś gęstą, niezmierzoną otchłań. W uszach mi piszczało, przeszedł mnie dreszcz, i wreszcie zemdlałam.
 Obudził mnie ból w kostce. Otworzyłam oczy. Wszystko było zamazane. Nade mną pochylał się starszy pan, trzymający w ręku strzykawkę.
- Nie martw się malutka, już wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się - Ty i twoi przyjaciele jesteście już bezpieczni. Lara wszystkim się już zajęła, a temu który był za to odpowiedzialny, na pewno nie ujdzie na sucho - wbił mi igłę w rękę i zaczął wstrzykiwać płyn. Skrzywiłam się lekko, nienawidzę zastrzyków, jednak ten dawał mi ukojenie w bólu i dziwny spokój.
- Czy mógłby mi pan wytłumaczyć, co się stało? Co poszło nie tak? - głos nie drżał mi, pewnie za sprawą środka uspokajającego.
- Aach, nie, nie - spoważniał - to już zadanie Lary, ja tu jestem tylko po to, aby dopilnować, żebyście nie umarli - puścił oczko.
- A wie pan może, kiedy mistrzyni wróci? - zaczęło chcieć mi się spać.
- Lara ma kilka bardzo ważnych spraw do załatwienia i wyjaśnienia, więc myślę, że nie prędko - odparł - Ale teraz musisz spać, bo wtedy regeneracja ciała jest najefektywniejsza.
 Powieki zaczęły ciążyć, oddech spowolnił, myśli uciekły, i zasnęłam.

sobota, 22 lutego 2014

Rozdział I; cz. 4: Tor przeszkód

  Nie rozumiałam nic z tego, co właśnie się działo. Zaciskając pięści próbowałam znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie wszystkich zdarzeń. W tym czasie wszyscy obecni na sali zawzięcie o czymś dyskutowali. Wsłuchałam się w rozmowę.
- Ale jak mamy to zrobić? - dopytywał się George.
- Musicie zajrzeć wgłąb swojej duszy - rzekł tajemniczo Sam.
- Och, Sam, błagam. Są Zwalczającymi od paru godzin a ty oczekujesz, że potrafią spojrzeć wgłąb swojej duszy? To kształci się kilkadziesiąt lat! - zdenerwowała się Lara.
- Przecież mają czerwone oczy! Czy to o czymś nie świadczy? Nie pamiętasz. co działo się za czasów Drużyny Ala?!
 Lara widocznie nie miała już argumentów, bo zamilkła i przykucnęła, wyraźnie głęboko się nad czymś zastanawiając. George krzyknął zdenerwowany:
- Och, tylko spojrzeć w głąb duszy? Pff... błahostka. Już zerkam.. Och, nic nie widzę? Czy to źle? Czy coś ze mną nie tak? Może to wina tych wstrętnych czerwonych oczu?!
 Nastała cisza. Przerwał ją dopiero cichutki głosik Sary.
- Sądzę... uważam, że powinniśmy posłuchać pana Sama i Mistrzyni. To oni muszą mieć rację, ufam im! - spojrzała na Larę i zastygła w bezruchu - Mistrzyni, powiedz mi, co mam zrobić!
- Hmm... - Lara wstała i podrapała się po głowie. - Myślę, że najlepiej będzie postawić ich w krytycznej sytuacji, wtedy umysł zareaguje, pociągając ciało. W ten sposób odkryjemy moc.
  Wyproszono nas z sali. Staliśmy zszokowani na korytarzu przez dosłownie 10 sekund, a Sam zawołał nas z powrotem.
Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu gdy weszliśmy, pierwszą myślą było "Och, to chyba nie ten pokój". No ale to musiał być on - nie ruszaliśmy się, odkąd z niego wyszliśmy.
No, ruchy, ruchy! - popędzał Sam - nie mamy zbyt wiele czasu, musimy rozpocząć trening jak najszybciej!
- Usiądźcie obok mnie i słuchajcie uważnie - mistrzyni wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić - macie moce, o których sami jeszcze nie wiecie. Waszym zadaniem teraz jest ich odkrycie. Naszym zadaniem - tu wskazała na siebie, Sama i dziwne, ogromne wrota, których wcześniej nie widziałam - jest zapewnienie wam odpowiednich warunków. Przygotowaliśmy symulator, który ma drastycznie, lecz nie śmiertelnie, podnieś poziom waszej adrenaliny we krwi, co spowoduje nagłe olśnienie w waszym mózgu i jednoczesne ujawnienie mocy. Zgadzacie się? - po krótkiej ciszy, spowodowanej drobnym przerażeniem, rozległo się ciche "Tak".
- Świetnie! Teraz wytłumaczę wam dokładniej. Wejdziecie do tamtego pokoju - wskazała na zaryglowane wrota - gdzie czeka was... no... coś. Gdybym wam powiedziała, co to dokładnie, nie wypaliłoby. A więc, po wejściu, założycie kaski, które wcześniej da wam Sam - mężczyzna pomachał czterema kolorowymi kaskami - a później... zobaczycie! A teraz, po kolei, kto chce iść na pierwszy ogień?
Nie wiem jak inni, ale ja sądziłam, że zrobimy to razem. Wizja samej siebie, w czarnej otchłani, z głupawym kasku, pożeranej przez jakiegoś cyklopa, z miernikiem wskazującym poziom adrenaliny, przyprawiła mnie o dreszcze. Spojrzałam na Sarę - na jej twarzy mieszało się przerażenie z niezdecydowaniem. Tak samo wyglądali George i Will. Postanowiłam.
- Ja pójdę pierwsza! - wzięłam kask i podeszłam do wrót. Obejrzałam się za siebie - wszyscy (oprócz Lary i Sama) patrzyli na mnie przerażeni. Sarah zakryła sobie usta dłonią.
- Przecież nie umrę! - zaśmiałam się - To tylko test. - Prawda?
- Tak, tak - Lara pociągnęła za wielką dźwignię umieszczoną na ścianie prostopadłej do wrót. - No to powodzenia, Alice!
Założyłam kask, wzięłam kilka głębokich oddechów i spojrzałam na wejście. Brama otwierała się z głośnym skrzypieniem. W końcu wszystko ucichło, a ja weszłam do środka.
 Wrota zatrzasnęły się za mną z łoskotem. Nie wiedziałam co robić. Było ciemno jak w grobie, a ja szłam przed siebie, co chwila się potykając - tu już nie z winy swojej niezdarności, po prostu podłoże było wyściełane kamieniami.
Zakręciło mi się w głowie. Chorowałam na klaustrofobię, a tam czułam się jak w komórce na miotły. W końcu upadłam, czego skutkiem było bolesne rozcięcie kolana.
Krew spływała mi po nodze, rana piekła niemiłosiernie. Usiadłam delikatnie, żeby wziąć parę oddechów i ruszyć dalej, kiedy to odkryłam.
Całe podłoże było wypełnione pająkami, wężami, skorupiakami i innym świństwem. Krzyknęłam przeraźliwie. Echo mojego głosu odbijało się jeszcze kilkanaście sekund. Dostałam dreszczy. Nie mogłam opanować strachu. Akurat wszystko to, czego bałam się najbardziej, musiało się tu znajdować. Zrozumiałam wtedy, że było to konieczne. Konieczne, żeby drastycznie, aczkolwiek nie śmiertelnie podnieść poziom adrenaliny. Uderzyłam o coś mocno głową - sklepienie z tej strony korytarza było niżej. Osunęłam się na ścianę. Starałam się nie patrzeć w dół, zastygłam w bezruchu. To posunięcie okazało się jednak być błędem - stworzenia zaczęły wchodzić na mnie. Strzepałam je z siebie, płacząc. Nie mogłam opanować łez - byłam w zbyt żałosnej sytuacji. Po otrzepaniu zaczęłam biec - gdziekolwiek, byle tylko pozbyć się tych małych stworków. I tu - popełniłam kolejny, najgorszy możliwy błąd. Po pierwsze - zmęczyłam się. Bardzo szybko opadłam z sił i osunęłam się na kolana. Dyszałam ciężko próbując wymyślić sposób wydostania się z komnaty. Poczułam zimno na karku - woda przeciekała przez sklepienie. Wstałam szybko, przez co uszkodziłam sobie kostkę. Szłam przed siebie, nie zważając na ból kolana ani kostki. Spojrzałam przed siebie - co spowodowało, że o mały włos nie dostałam zawału.

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział I; cz. 3: Nowi

  Wstałam. Marie miała rację - musieliśmy wziąć się w garść. Otarłam łzy kapiące mimowolnie z oczu.
Podałam rękę głośno szlochającej Sarze - skorzystała z mojej pomocy i delikatnie wtuliła się w moje ramię.
- Jesteśmy gotowi do takiego poświęcenia - powiedział głośno George. Przyuważyłam, że jego oczy też są "wilgotniejsze niż normalnie". Wtedy zachciało mi się ich wszystkich pocieszyć - pomijając fakt, że sama ryczałam jak bóbr. Położyłam głowę na ramieniu Sary, uważając, aby nie zmoczyć jej bluzki.
- Możemy wyruszać - rzekł Will, który przecierał sobie okulary wilgotne od łez.
- Jesteście tacy dojrzali... - wymamrotała ewidentnie wzruszona Marie, która dotychczas w milczeniu przyglądała się naszej reakcji. - Więc, żeby nie przedłużać... - pociągnęła za klamkę.
  Wrota otworzyły się. Zaskoczył mnie wygląd wnętrza przejścia - spodziewałam się zobaczyć czekających przy wejściu, odzianych w biel Aniołków, skrzydła Czarnych Aniołów, tajemniczych Zwalczających... za drzwiami bowiem było... niebiesko. Dosłownie - jakby ktoś na przejściu powiesił błękitną płachtę. Nawet nie było posadzki.
- No, co się tak gapicie? Włazić! - różowowłosa popchnęła mnie delikatnie, dzięki czemu ocknęłam się z zamyślenia. Ruszyłam szybko przed siebie. Ścisnęłam mocno ramię koleżanki, wstrzymałam oddech i przekroczyłam próg.
 Czułam się, jakby jakiś ogromny ciężar napierał na każdy milimetr mojego ciała. Nie mogłam oddychać - w panice zapomniałam gdzie się znajduje i moja podświadomość czekała na koniec.
 Nastąpił szybko - całe zdarzenie też trwało pewnie ułamki sekund.
  Otworzyłam powoli oczy. Oddychałam już bez problemu. Dookoła mnie było bardzo jasno. Zakręciło mi się w głowie, więc oparłam się całym ciałem o Sarę, która nadal trzymała mnie za ramię. Miałam nadzieję, że to była ona.
Wiele spojrzeń skierowało się w naszą stronę - oczu jaskrawożółtych, jaskrawozielonych, jaskrawoniebieskich, a nawet srebrnych i złotych. Nigdy nawet nie widziałam takich kolorów. Osoby, do których należały owe nienaturalnych kolorów tęczówki przyglądały się nam z mieszaniną zainteresowania i radości. Z czego tu się cieszyć?
Istoty były nieziemsko piękne - wszyscy ubrani w jasne kolory. Pomimo ubrań przypominających te ziemskie widać było, że osoby je noszące nie były ludźmi - byli po prostu za piękni. Spostrzegłam "wyrastające" zza pleców skrzydła - głównie białe, ale gdzieniegdzie zdarzały się czarne.
Marie, stojąca dotąd za nami, wyszła na przód.
- Oto nasi nowi zwalczający!
- Tacy młodzi? Tego wieku nie było od dobrych 300 lat. - uśmiechnęła się jedna z anielic o białych skrzydłach. - Jestem Suzie.
- Cześć! Jestem Albert. Miło mi was poznać! - podszedł do nas chłopak w ubraniach o zupełnie normalnych kolorach - zdziwiłam się, że wcześniej go nie zauważyłam.
Wystarczyło mi parę sekund, żeby spostrzec, jak bardzo jest przystojny. Kruczoczarne włosy były rozwichrzone, szarmancko opadały na czoło i morskie oczy. Był ubrany w szarą, dość obcisłą koszulkę, podkreślającą muskulaturę, jasną kamizelkę i czarne spodnie. 
- To super, że dołączycie do naszej Społeczności! - uśmiechnął się do mnie Albert - Może będziemy mieli pokoje obok siebie - puścił oczko. 
- T...ty kim t...tu jesteś? - wyjąkałam zestresowana nie wiadomo czym. Nigdy nie sztywniałam podczas rozmowy z chłopakiem. 
- Ja? Mam tą samą robotę co wy - zaśmiał się - znaczy Zwalczającym.
- Al, trochę nam się spieszy - przerwała Marie - będziecie mieli jeszcze wiele okazji do rozmowy - to było dziwne, ale dostrzegłam, że wymienili porozumiewawcze spojrzenia, przez chwilę kierując wzrok w moją stronę.
Anielica machnęła na nas ręką. Tłum nadal spoglądał na nas z zaciekawieniem.
 Po krótkiej wędrówce korytarzami weszliśmy do sporych rozmiarów sali. Przy biurku siedział mężczyzna, ubrany w biały garnitur i niebieską koszulę. Zerwał się z miejsca, po czym podszedł by uścisnąć nam dłonie.
- Miło was poznać... Tacy młodzi... zaczynam się bać. - szeptał dość niezrozumiale.
- Sam, do rzeczy, chcemy jak najszybciej zacząć - warknęła Marie.
- Ach... tak, tak, już już! Lara, przyszli! Chodźże szybciej, śpieszy im się!
Do pokoju weszła kobieta. Była śliczna - miała fioletowe włosy, z przodu lekko za ramiona, natomiast z tyłu sięgały jej do bioder. Przez przedziałek na środku głowy krótkie kosmyki spływały jej na skronie. Jasne, fiołkowe oczy były bystre, ale radosne. Biło od niej ciepło i odwaga. Od razu stwierdziłam, że musi być niesamowicie silna.
- Więc zaczynajmy! - ucieszył się Sam. Każdemu z nas podał szklankę z silnie parującą, niebieską cieczą.
Bez zastanowienia połknęłam cały napój. Był słodkawy w smaku, ale po chwili zaczął palić usta, następnie przewód pokarmowy i stopniowo całe ciało. Ból był na szczęście o tyle słaby, że prawie nie zwracałam na niego uwagi - poza tym po chwili ustał.
 Czułam się jak nowonarodzona. Miałam wrażenie, że odrobinę urosłam, nie tylko fizycznie, ale duchowo.
Na prawo ode mnie spostrzegłam lustro, do którego podeszłam.
Zaparło mi dech w piersiach.
Przede mną stała wysoka, szczupła 15 - latka. Obok niej stały jeszcze 3 osoby - równie piękne jak ona. Jeden z chłopców, był wysoki i nienaturalnie umięśniony. Drugi, odrobinę niższy, miał okulary. Na czoło opadały mu pofalowane, blond włosy.
Stojąca najbliżej dziewczyna była szeroko uśmiechnięta. Delikatny rumieniec pokrywał jej policzki, a gęsta grzywka sięgała do brwi. Włosy miała kruczoczarne, mieniące się srebrem, które idealnie proste sięgały jej do pasa. Oczy miała duże, czujne, tego samego koloru co włosy.
Wstrzymałam oddech i podniosłam lekko rękę. Dziewczyna w odbiciu zrobiła to samo.
Była wysoka i zgrabna. Włosy były miedzianobrązowe, mocno wycieniowane, przez co sprawiały wrażenie krótkich, ale tak na prawdę sięgały jej prawie do pasa - przedziałek zaczesany na prawo przypominał grzywkę na bok.  Końcówki były o odcień ciemniejsze, oraz wywijały się delikatnie ku zewnątrz, dzięki czemu wyglądała uroczo. Rysy miała delikatne - mały, lekko zadarty nosek i drobne usta. Miała bardzo bladą cerę, prawie białą, która kontrastowała z czerwonymi oczami.
Zaraz, z jakimi?!!!
 Teraz to spostrzegłam. Cała czwórka nastolatków miała krwistoczerwone oczy - kolor był tak intensywny, że chyba świeciłby w ciemności.
- To... to przecież niemożliwe... - wyjąkał wystraszony, a zarazem zdziwiony Sam.
- Ależ bardzo możliwe, Pan nie bez powodu wybrał ich w tak młodym wieku - uśmiechnęła się nieznajoma Lara - Od dzisiaj będziecie moimi uczniami. Jestem Lara, Kapitan Czwartego Oddziału Zwalczających. Miło mi was poznać!


No i rozdział jest... przepraszam, że tak długo, ale wena uciekła ;__; mam nadzieję, że rozdział się spodoba :3 kolejny postaram się dodać jak najwcześniej. Miłego czytania, zachęcam do komentowania - pozdrawiam w tę bezśnieżną zimę :) xD

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział I; cz. 2: Prawda

  Wytrzeszczyłam oczy tak mocno, że aż zabolało. Z Nieba, dobry żart. Tylko że nie było mi do śmiechu - nie w takiej chwili. Zdawałam sobie sprawę, że to może być prawda.
- Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę was wystraszyć. - odezwała się "Marie z Nieba" - Chodzi o to, że świat jest zupełnie inny, niż wam się dotąd wydawało.
Miałam ochotę zalać kobietę gradem pytań, wyrzucić z siebie wszystko, dać ujście nerwom, lecz ogarnął mnie tak niewiarygodny spokój, że przymrużyłam oczy w oczekiwaniu na opowieść.
- Możemy cię wysłuchać - odezwał się George - ale nie oczekuj, że od razu ci uwierzymy.
- Rozumiem, więc muszę was przekonać? A więc zaczynam - westchnęła i wzięła głęboki wdech - Nie jesteście już ludźmi.
 No tego to się nie spodziewałam. Przewidywałam, że to ona nie jest człowiekiem, no ale ja? Spojrzałam na moje ręce, nogi - wszystko normalne. Szybko jednak olśniło mnie i w panice pomacałam twarz - na szczęście była.
- Kontynuuj - szepnął wyraźnie zdenerwowany Will.
- Włada nami, i ogólnie wszystkim Pan - zamieszkujący Niebo ze wszystkimi podwładnymi. To On, wraz ze swoim bratem stworzył wszystko co nas otacza. Niestety, owy brat wkrótce zbuntował się, gdy Pan powołał do życia pierwszego człowieka. Wtedy pochłonęła go ciemność - stworzył sobie nowy dom - piekło, a siebie nazwał diabłem Lucyferem, panem ciemności, pragnącym za wszelką cenę zniszczyć ludzkość. Dlatego tworzy własnych poddanych - Emptych, nazywanych przez nas po prostu Ciemnymi. Są to ogromne potwory bez twarzy, które wysysają z ludzi duszę. Tak, ten stwór, którego spotkaliście, to był Ciemny - a w ramach samoobrony zaczęły się budzić wasze moce. Ale o tym porozmawia już z wami wasz nowy nauczyciel. Kontynuując, Empty żywią się duszami, ponieważ same ich nie posiadają. Lucyfer dla wygody zabrał im wolną wolę, uczucia czy rozum, więc nie możemy winić ich za to co robią - posiadają jedynie wolę przetrwania, która nakazuje im żywić się tym, co wyczuwają jako jedyne - czyli ludzką duszę.
 Gdy Ciemny wyssie taką duszyczkę, człowiek o niczym nie ma pojęcia. Dopiero gdy umrze, zamiast do Nieba błądzi pomiędzy tamtym światem a ziemią. Staje się Nicością, którą uratować mogą tylko Anioły.
 Nikt nie trafia do piekła - Lucyfer nigdy by na to nie pozwolił. Wszyscy pośmiertnie trafiają do Nieba, ale niekoniecznie żyje im się tam dobrze.
 Gdy człowiek wiódł uczciwe, przepełnione dobrem życie, w Niebie niczego, dosłownie niczego mu nie brakuje. Jeśli natomiast człowiek był nieuczciwy, czynił zło - będzie cierpiał przez jakiś czas. Gdy grzechy zostaną odpokutowane, wszyscy trafiają do Domu Ostatecznego, czyli krainy wiecznego szczęścia.
Omówmy Niebo - a raczej jego mieszkańców. Podzieleni są na Oddziały, które mają określone obowiązki.
Anioły - to one ratują Nicości krążące w międzyświatku. Jeżeli "pustka" po duszy przez 24 godziny nie zostanie uratowana przez Anioła, sama zamienia się w Ciemnego. Gdy natomiast zdąży uratować bidulę, odsyła go do Pokoju Powrotu, gdzie pracują tak zwani Czyściciele. Przywołują i "oczyszczają" (z plam które naniósł Empty) duszę nicości, aby ta mogła wejść do świata umarłych. Do Pokoju trafiają także wszystkie zabite Empty i pożarte przez nie dusze, które idą na "przechowanie".
Urzędnicy kontrolują Oddziały, aby sprawnie działały, oraz wyznaczają zadania. Zdarza im się też odrobinę kontrolować niektóre decyzje ludzi, na przekór Fatum - są to jednak nieistotne błahostki.
Fatum i jej Czarne Anioły - Fatum ustala los każdego człowieka, a Czarne Anioły, zgodnie z losem wyznaczonym przez Fatum, uśmiercają ludzi.
Ostatnim Oddziałem są Zwalczający - bardzo ważni, ponieważ "zabijają" Emptych. I wy się nimi staliście - dlatego nie można nazwać was ludźmi. - zamilkła na chwilę i przymknęła oczy - Teraz najgorsza wiadomość. Nie wiem jak wam to powiedzieć, a rzadko mi się to zdarza. No więc, wasze rodziny... nie możecie już do nich wrócić. Widzą was, ale już nie jesteście ludźmi. Narazilibyśmy ich na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Przykro mi.
  Zaschło mi w gardle. Nie, pojawił się tam jakiś wielki kluch, którego kawałek wpadł do żołądka, a następnie mocno ranił serce.
Mój tata, moja mama, młodszy brat... wszystko miało przepaść. Miałam już nigdy ich nie zobaczyć, nie porozmawiać z nimi, nawet pożegnać... Naprawdę, nie było innego wyjścia?!
Ze łzami w oczach podniosłam jak dotąd opuszczoną głowę, by móc spojrzeć na Marie - jednak ona spoglądała w Niebo marszcząc brwi.
- Rozumiem... rozumiem... - mruknęła do siebie. Albo tylko mi się wydawało, że do siebie.
- Słuchajcie! Wiem, że to dla was trudne, ale weźcie się w garść! Musimy jak najszybciej znaleźć wam nauczyciela, przeczuwamy coś złego. Czy mogę zabrać was już do Nieba? - wstała i uśmiechnęła się zachęcająco.
- Tak, proszę pani! - krzyknęliśmy równo.
- Mówcie mi Marie - zaśmiała się i znikąd pojawiła się w jej dłoni złota klamka. Zaczęłam zastanawiać się, skąd się wzięła i po jakie licho gdzieś ją nosiła, ale zaniemówiłam z wrażenia.
Marie "powiesiła" przedmiot w powietrzu jak na niewidzialnych linkach. I oto przed nami stały już wielkie, srebrzystobiałe wrota. Marie machnęła ręką, jakby kogoś nam przedstawiając - To co - uśmiechnęła się szeroko - Zapraszam do Nieba!

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział I; cz. 1: Pierwsze spotkania

  Po zajęciach miałam zamiar iść na siatkówkę. Mijał trzeci miesiąc szkoły, ogólnie nudy, zero fajnych ludzi. Tak mi się wydaje. Głównie zwracam uwagę na to, jak ktoś reaguje na moje angielskie imię i nazwisko. Na razie nikt nie zdał tego "egzaminu".
  Wuefistka już czekała. Obok niej stały trzy osoby - dziewczyna i dwóch chłopaków. 
- Dzień dobry, Alice! - przywitała mnie nauczycielka. Oczywiście wszyscy tam obecni uczniowie spojrzeli na mnie tym idiotycznym wzrokiem - chyba że miałam już na tym punkcie świra, co było bardzo prawdopodobne.
- Proszę, ustaw się na pozycji przyjmującego. Zaraz zaczynamy grę. 
 Po chwili doszła jeszcze czwórka innych uczniów. Rozpoczął się mecz. Grałam po stronie tych o "prawdopodobnie idiotycznym spojrzeniu". Jeśli nawet taki był, to zainteresowanie moją osobą chyba minęło.
 Gra szła nam wyjątkowo dobrze. Świetnie ze sobą współpracowaliśmy, jakbyśmy znali się od urodzenia. To było dziwne, jak zresztą wszystko w moim życiu.
 Jednym z przykładów mojej "dziwności" były nasilające się bóle, może skurcze, w całym moim ciele, odkąd skończyłam 13 lat. To już 3 miesiące - był 29 grudnia. Oczywiście, aby naraz wszystkich do siebie zniechęcić, musiało się to zdarzyć w dniu dzisiejszym, na siatkówce. 
 Wszystko zaczęło mnie boleć - ciało mi zdrętwiało, ale w nogach i kręgosłupie straciłam czucie. Upadłam na ziemię, nie mogąc utrzymać się na nogach. Skrzywiłam się z bólu. Nogi i plecy, w których niestety odzyskałam czucie rozpoczęły boleśnie mrowieć, które po chwili zmieniło się w piekielne pieczenie. Powoli z bólu traciłam przytomność. 
 Ocucił mnie lodowaty przedmiot umiejscowiony na mojej głowie. Z zamiarem pozbycia się owego czegoś chciałam podnieść rękę, jednak mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa.
Powolutku otworzyłam oczy. Oślepił mnie blask żyrandola w jakimś i tak już wystarczająco jasnym pomieszczeniu.
- Alice, obudziłaś się już? Czy coś cię boli? - pielęgniarka najwyraźniej się martwiła. 
- Już dobrze - wyjąkałam. Głos miałam zachrypnięty. Znów spróbowałam podnieść rękę i, o dziwo, udało się! Teraz jednak nie wiedziałam, co z tą podniesioną ręką począć, bo zimno na czole przyjemnie chłodziło rozgrzaną głowę. Postanowiłam podrapać się więc po nosie.
- Alice, dobrze już? - powiedziała jakaś dziewczyna. Obróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos.
Dopiero teraz zobaczyłam troje współzawodników z boiska siedzących na podłodze w rogu. 
- Tak, wszystko już dobrze. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Czy mogłabym prosić o szklankę wody?
  Po wypiciu zimnego płynu chwilę posiedziałam, aby nabrać sił. Gdy poczułam przypływ energii, grzecznie podziękowałam pielęgniarce i oznajmiłam, że wybieram się do domu. Już sięgałam do drzwi, jednak zatrzymało mnie ramię kobiety, która patrzyła na mnie głupawo. 
- Czy sądzisz, że puszczę cię samą? - była wyraźnie rozbawiona i zdziwiona.
- Proszę pani, my możemy ją odprowadzić - zabrał głos wysoki, dobrze zbudowany chłopak.
- Ach, no więc dobrze. Ale dopilnujcie, żeby doszła do domu! - usiadła przy swoim biurku, zapisując coś w notesie.
Obu chłopców złapało mnie pod ramiona. Poczułam się trochę niezręcznie - poradziłabym sobie sama. Już chciałam zaprotestować, ale oni prowadzili mnie po schodach. Uważając, aby się nie potknąć, zapomniałam o zażenowaniu.
 Szliśmy jak w dziwnym pochodzie. Pierwsza dziewczyna, potem ja, a kilka centymetrów za mną chłopcy. W tym czasie zdążyłam zauważyć, że osoba idąca przede mną ma przepiękne, czarne włosy, które idealnie proste, sięgały jej do pasa. Nagle, jakby czytała w moich myślach, odwróciła się w moją stronę.
 Miała prostą grzywkę sięgającą linii brwi. Jej ciemnobrązowe oczy były trochę podłużne, a nos odrobinę szpiczasty. Pełne, różowe usta były mocno zaciśnięte ale wyrażające przyjacielskie nastawienie, tak samo jak oczy. Cerę miała ciemną, a policzki lekko zaróżowione. Na oko była troszkę ode mnie wyższa i lepiej zbudowana, co stwierdziłam, pomimo zimowej kurtki. Zacisnęła pięści i wzięła głęboki wdech.
- Co tak naprawdę stało ci się wtedy, na sali gimnastycznej?
Serce zabiło mi szybciej. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Emn... miałam skurcz. - zadziwiła mnie beznadziejność mojej własnej odpowiedzi.
- Proszę, powiedz prawdę, bo być może cierpimy na to samo. - spojrzała na mnie błagalnie.
- No dobrze, więc... całe ciało mi zdrętwiało... ale w nogach i kręgosłupie początkowo straciłam czucie, co po chwili zamieniło się w palenie, pieczenie... nie wiem nawet jak to nazwać. - wyznałam szczerze.
- Rozumiem... - zamyśliła się - ja mam tak samo, tylko że z dłońmi. 
- Jak was tak słucham, to ja mam tak samo - z ramionami - przypomniał o swojej obecności osiłek.
- Boże, ja mam tak samo z głową! - dodał okularnik, jak dotąd milczący.
Wszyscy zaczęliśmy rozmyślać intensywnie. Coś się działo, a my nie mieliśmy pojęcia co. Typowe u nastolatków. 
- Ach, tak w ogóle to jestem Sarah - przerwała ciszę pięknowłosa. 
- Haha, zupełnie zapomniałem się przedstawić! - Zaśmiał się mięśniak - jestem George - ukłonił się szarmancko.
- Ja jestem Will - wyszczerzył zęby okularnik.
Zastanawiało mnie jedno - czemu wszyscy mamy angielskie imiona?! Sarah mnie wyprzedziła.
- Wszyscy pochodzicie z Wielkiej Brytanii?! Jak to możliwe?!!!
- Nie wiem, ale to jest nawet fajne - odpowiedział George. 
- W sumie, to tak - dodał Will.
Zaczęliśmy się śmiać i rozmawiać o swoim pochodzeniu. Okazało się, że wszyscy przeprowadzili się, gdy mieli około 4-5 lat - tak samo jak ja.
 Sielankę przerwał huk pękającej szyby pobliskiego mieszkania. Spojrzeliśmy w tamto miejsce i serce zamarło nam ze strachu. Stał tam wysoki na dobre 4 metry, człowiekopodobny stwór. Tyle, że on nie miał twarzy. Myślałam, że zemdleję ze strachu. Wtedy to nastąpiło znowu - ból w kończynach i brak czucia w kręgosłupie oraz nogach, Gdy upadałam, kątem oka zauważyłam, że moi nowi znajomi też zwijają się z bólu. Nagle śmignęło coś różowego, rozległ się ogromny huk, coś trzasnęło i straciłam przytomność.
  Otworzyłam oczy. Leżałam na twardym betonie. Czułam się jak przed atakiem, więc usiadłam. Od razu tego pożałowałam, bo zakręciło mi się w głowie. 
- O, obudziła się już nasza Alice! - nieznajomy głos był radosny i ciepły. Spojrzałam w stronę z której dobiegał i znowu zakręciło mi się w głowie.
 Na krawężniku siedziała sobie z gracją różowowłosa kobieta. Była piękna - ubrana w beżową sukienkę do kolan uśmiechała się do mnie szeroko. Różowe kosmyki sięgały jej ramion - przedziałek na środku głowy dodawał nieznajomej uroku. Zauważyłam jeszcze, że ma nienaturalne, jaskrawożółte oczy. Trochę się wystraszyłam, ale strach ustąpił miejsca ciekawości.
- Kim pani jest? I skąd zna pani moje imię? - zapytałam lekko nieprzytomnym głosem. Przy okazji odnalazłam wzrokiem moich przyjaciół - wszyscy już siedzieli i przyglądali mi się zaniepokojeni. Posłałam im porozumiewawczy uśmiech, który miał znaczyć "Spoko, już wszystko ze mną w porządku!". Chyba zrozumieli, bo go odwzajemnili. 
Teraz wszyscy patrzyliśmy w stronę kobiety. Nadal siedziała spokojnie na krawężniku.
Wtedy to właśnie odkryłam coś bardzo niepokojącego - był grudzień, więc zima. Zegar na pobliskim wieżowcu wskazywał 17:40, powinno być ciemno jak w grobie - tu natomiast jasno było jak w południe. Dodatkowo nie miałam na sobie kurtki, która teraz spełniała rolę mini-krzesełka. I było mi wystarczająco ciepło. 
- Jestem Marie - zaczęła nieznajoma - i jestem z Nieba.

środa, 13 listopada 2013

Prolog

  Przypatrywałam się ich walce spokojnie - byłam pewna, że Sarah bez problemu sobie z nim poradzi. Była przecież najlepsza w walce z mieczami. Jak na razie szło jej znakomicie.
To stało się w ułamku sekundy - już mogła trafić go w serce - był zupełnie nieosłonięty i bezbronny - jednak ona zawahała się - nigdy nie lubiła zabijać, pomimo, że były to potwory. Gdybym wiedziała, jak to się potoczy zdążyłabym zeskoczyć z drzewa i odepchnąć ją na bok. 
W następnej sekundzie Sarah osuwała się na chodnik, a wielki, przerażający Empty podnosił rękę z wielką siekierą, szykując się do ostatniego uderzenia w bezbronną, krwawiącą ofiarę...