niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział I; cz. 3: Nowi

  Wstałam. Marie miała rację - musieliśmy wziąć się w garść. Otarłam łzy kapiące mimowolnie z oczu.
Podałam rękę głośno szlochającej Sarze - skorzystała z mojej pomocy i delikatnie wtuliła się w moje ramię.
- Jesteśmy gotowi do takiego poświęcenia - powiedział głośno George. Przyuważyłam, że jego oczy też są "wilgotniejsze niż normalnie". Wtedy zachciało mi się ich wszystkich pocieszyć - pomijając fakt, że sama ryczałam jak bóbr. Położyłam głowę na ramieniu Sary, uważając, aby nie zmoczyć jej bluzki.
- Możemy wyruszać - rzekł Will, który przecierał sobie okulary wilgotne od łez.
- Jesteście tacy dojrzali... - wymamrotała ewidentnie wzruszona Marie, która dotychczas w milczeniu przyglądała się naszej reakcji. - Więc, żeby nie przedłużać... - pociągnęła za klamkę.
  Wrota otworzyły się. Zaskoczył mnie wygląd wnętrza przejścia - spodziewałam się zobaczyć czekających przy wejściu, odzianych w biel Aniołków, skrzydła Czarnych Aniołów, tajemniczych Zwalczających... za drzwiami bowiem było... niebiesko. Dosłownie - jakby ktoś na przejściu powiesił błękitną płachtę. Nawet nie było posadzki.
- No, co się tak gapicie? Włazić! - różowowłosa popchnęła mnie delikatnie, dzięki czemu ocknęłam się z zamyślenia. Ruszyłam szybko przed siebie. Ścisnęłam mocno ramię koleżanki, wstrzymałam oddech i przekroczyłam próg.
 Czułam się, jakby jakiś ogromny ciężar napierał na każdy milimetr mojego ciała. Nie mogłam oddychać - w panice zapomniałam gdzie się znajduje i moja podświadomość czekała na koniec.
 Nastąpił szybko - całe zdarzenie też trwało pewnie ułamki sekund.
  Otworzyłam powoli oczy. Oddychałam już bez problemu. Dookoła mnie było bardzo jasno. Zakręciło mi się w głowie, więc oparłam się całym ciałem o Sarę, która nadal trzymała mnie za ramię. Miałam nadzieję, że to była ona.
Wiele spojrzeń skierowało się w naszą stronę - oczu jaskrawożółtych, jaskrawozielonych, jaskrawoniebieskich, a nawet srebrnych i złotych. Nigdy nawet nie widziałam takich kolorów. Osoby, do których należały owe nienaturalnych kolorów tęczówki przyglądały się nam z mieszaniną zainteresowania i radości. Z czego tu się cieszyć?
Istoty były nieziemsko piękne - wszyscy ubrani w jasne kolory. Pomimo ubrań przypominających te ziemskie widać było, że osoby je noszące nie były ludźmi - byli po prostu za piękni. Spostrzegłam "wyrastające" zza pleców skrzydła - głównie białe, ale gdzieniegdzie zdarzały się czarne.
Marie, stojąca dotąd za nami, wyszła na przód.
- Oto nasi nowi zwalczający!
- Tacy młodzi? Tego wieku nie było od dobrych 300 lat. - uśmiechnęła się jedna z anielic o białych skrzydłach. - Jestem Suzie.
- Cześć! Jestem Albert. Miło mi was poznać! - podszedł do nas chłopak w ubraniach o zupełnie normalnych kolorach - zdziwiłam się, że wcześniej go nie zauważyłam.
Wystarczyło mi parę sekund, żeby spostrzec, jak bardzo jest przystojny. Kruczoczarne włosy były rozwichrzone, szarmancko opadały na czoło i morskie oczy. Był ubrany w szarą, dość obcisłą koszulkę, podkreślającą muskulaturę, jasną kamizelkę i czarne spodnie. 
- To super, że dołączycie do naszej Społeczności! - uśmiechnął się do mnie Albert - Może będziemy mieli pokoje obok siebie - puścił oczko. 
- T...ty kim t...tu jesteś? - wyjąkałam zestresowana nie wiadomo czym. Nigdy nie sztywniałam podczas rozmowy z chłopakiem. 
- Ja? Mam tą samą robotę co wy - zaśmiał się - znaczy Zwalczającym.
- Al, trochę nam się spieszy - przerwała Marie - będziecie mieli jeszcze wiele okazji do rozmowy - to było dziwne, ale dostrzegłam, że wymienili porozumiewawcze spojrzenia, przez chwilę kierując wzrok w moją stronę.
Anielica machnęła na nas ręką. Tłum nadal spoglądał na nas z zaciekawieniem.
 Po krótkiej wędrówce korytarzami weszliśmy do sporych rozmiarów sali. Przy biurku siedział mężczyzna, ubrany w biały garnitur i niebieską koszulę. Zerwał się z miejsca, po czym podszedł by uścisnąć nam dłonie.
- Miło was poznać... Tacy młodzi... zaczynam się bać. - szeptał dość niezrozumiale.
- Sam, do rzeczy, chcemy jak najszybciej zacząć - warknęła Marie.
- Ach... tak, tak, już już! Lara, przyszli! Chodźże szybciej, śpieszy im się!
Do pokoju weszła kobieta. Była śliczna - miała fioletowe włosy, z przodu lekko za ramiona, natomiast z tyłu sięgały jej do bioder. Przez przedziałek na środku głowy krótkie kosmyki spływały jej na skronie. Jasne, fiołkowe oczy były bystre, ale radosne. Biło od niej ciepło i odwaga. Od razu stwierdziłam, że musi być niesamowicie silna.
- Więc zaczynajmy! - ucieszył się Sam. Każdemu z nas podał szklankę z silnie parującą, niebieską cieczą.
Bez zastanowienia połknęłam cały napój. Był słodkawy w smaku, ale po chwili zaczął palić usta, następnie przewód pokarmowy i stopniowo całe ciało. Ból był na szczęście o tyle słaby, że prawie nie zwracałam na niego uwagi - poza tym po chwili ustał.
 Czułam się jak nowonarodzona. Miałam wrażenie, że odrobinę urosłam, nie tylko fizycznie, ale duchowo.
Na prawo ode mnie spostrzegłam lustro, do którego podeszłam.
Zaparło mi dech w piersiach.
Przede mną stała wysoka, szczupła 15 - latka. Obok niej stały jeszcze 3 osoby - równie piękne jak ona. Jeden z chłopców, był wysoki i nienaturalnie umięśniony. Drugi, odrobinę niższy, miał okulary. Na czoło opadały mu pofalowane, blond włosy.
Stojąca najbliżej dziewczyna była szeroko uśmiechnięta. Delikatny rumieniec pokrywał jej policzki, a gęsta grzywka sięgała do brwi. Włosy miała kruczoczarne, mieniące się srebrem, które idealnie proste sięgały jej do pasa. Oczy miała duże, czujne, tego samego koloru co włosy.
Wstrzymałam oddech i podniosłam lekko rękę. Dziewczyna w odbiciu zrobiła to samo.
Była wysoka i zgrabna. Włosy były miedzianobrązowe, mocno wycieniowane, przez co sprawiały wrażenie krótkich, ale tak na prawdę sięgały jej prawie do pasa - przedziałek zaczesany na prawo przypominał grzywkę na bok.  Końcówki były o odcień ciemniejsze, oraz wywijały się delikatnie ku zewnątrz, dzięki czemu wyglądała uroczo. Rysy miała delikatne - mały, lekko zadarty nosek i drobne usta. Miała bardzo bladą cerę, prawie białą, która kontrastowała z czerwonymi oczami.
Zaraz, z jakimi?!!!
 Teraz to spostrzegłam. Cała czwórka nastolatków miała krwistoczerwone oczy - kolor był tak intensywny, że chyba świeciłby w ciemności.
- To... to przecież niemożliwe... - wyjąkał wystraszony, a zarazem zdziwiony Sam.
- Ależ bardzo możliwe, Pan nie bez powodu wybrał ich w tak młodym wieku - uśmiechnęła się nieznajoma Lara - Od dzisiaj będziecie moimi uczniami. Jestem Lara, Kapitan Czwartego Oddziału Zwalczających. Miło mi was poznać!


No i rozdział jest... przepraszam, że tak długo, ale wena uciekła ;__; mam nadzieję, że rozdział się spodoba :3 kolejny postaram się dodać jak najwcześniej. Miłego czytania, zachęcam do komentowania - pozdrawiam w tę bezśnieżną zimę :) xD