wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział I; cz. 5: Potwory

- Smok! - krzyknęłam przerażona.
 W tamtym momencie poczułam coś takiego po raz pierwszy w życiu. Po prostu pożałowałam, że się urodziłam. 
Zaczęłam biec. Uciekałam przed potworem, który co jakiś czas zionął ogniem. Potykając się o kamienie, węże i własne stopy pędziłam przed siebie. Rany, których z minuty na minuty drastycznie przybywało, dokuczały boleśnie. W końcu upadłam - nie miałam siły by czymkolwiek ruszyć. Modliłam się w myślach, żeby stracić przytomność. Serce łomotało dziko, jakby chciało uwolnić się z pułapki, skazane na pewną śmierć. Smok był coraz bliżej. Robiło się coraz bardziej gorąco, a ja leżałam z zamkniętymi oczami, otoczona wszystkim, czego bałam się najbardziej. 
Krzyczałam z bezsilności. - Nie, ja nie mogę tak umrzeć! - szlochałam. Odchyliłam szybkę w kasku, by się nie udusić. Poczułam zapach siarki, od którego zrobiło mi się niedobrze. Chyba jeszcze nikt nie był w tak paskudnym położeniu jak ja. 
Dostałam odruchów wymiotnych, więc zdjęłam kask. W końcu zwymiotowałam. Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam niewyraźny zarys smoka, stojącego nade mną. Mrużyłam oczy, aby wyostrzyć obraz - byłam wyczerpana, mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Wyobraziłam sobie siebie jako kiełbaskę na grillu, kucnęłam i czekałam na śmierć. 
Słyszałam, jak smok wydychał żar. Czułam gorąco - ale nie parzyło mnie. Moje ciało działało bez mojej pomocy - instynkt wziął górę. Zobaczywszy światło zbliżyłam się do niego z ogromną prędkością. W tamtym momencie nie interesowało mnie jak to zrobiłam, po prostu chciałam wydostać się z tego śmierdzącego świństwa. 
Blask pochodził z wrót - światło płomieni odbijało się od nich. Zaczęłam w nie łomotać. 
- Proszę... błagam... niech ktoś mi pomoże... otwórzcie! 
Ostatnimi rzeczami, jakie pamiętam z tamtych wydarzeń, był chłód, jaki odczułam, gdy ktoś wniósł mnie do pomieszczenia. Słyszałam głos Sama i Lary, uspakajający, ale zarazem drżący i zdenerwowany.
- Już wszystko dobrze... medyk zaraz przyjdzie. - mistrzyni głaskała mnie po głowie, podczas gdy Sam położył mnie na czymś miękkim i przyjemnie zimnym. 
- Mam nadzieję, że innym nic się nie stało. Wszystko poszło inaczej, niż tego chcieliśmy. Cholerny Vasil, co on sobie myślał?! - Lara była bardzo zdenerwowana. 
 Wszystko ucichło. Miałam wrażenie, że zagłębiam się w jakąś gęstą, niezmierzoną otchłań. W uszach mi piszczało, przeszedł mnie dreszcz, i wreszcie zemdlałam.
 Obudził mnie ból w kostce. Otworzyłam oczy. Wszystko było zamazane. Nade mną pochylał się starszy pan, trzymający w ręku strzykawkę.
- Nie martw się malutka, już wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się - Ty i twoi przyjaciele jesteście już bezpieczni. Lara wszystkim się już zajęła, a temu który był za to odpowiedzialny, na pewno nie ujdzie na sucho - wbił mi igłę w rękę i zaczął wstrzykiwać płyn. Skrzywiłam się lekko, nienawidzę zastrzyków, jednak ten dawał mi ukojenie w bólu i dziwny spokój.
- Czy mógłby mi pan wytłumaczyć, co się stało? Co poszło nie tak? - głos nie drżał mi, pewnie za sprawą środka uspokajającego.
- Aach, nie, nie - spoważniał - to już zadanie Lary, ja tu jestem tylko po to, aby dopilnować, żebyście nie umarli - puścił oczko.
- A wie pan może, kiedy mistrzyni wróci? - zaczęło chcieć mi się spać.
- Lara ma kilka bardzo ważnych spraw do załatwienia i wyjaśnienia, więc myślę, że nie prędko - odparł - Ale teraz musisz spać, bo wtedy regeneracja ciała jest najefektywniejsza.
 Powieki zaczęły ciążyć, oddech spowolnił, myśli uciekły, i zasnęłam.